Słowak przyszedł do Legii przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu. Został mistrzem Polski, ale w lidze nie rozegrał ani jednego spotkania. Zgodnie z niepisaną umową miejsce między słupkami zajmował tylko w meczach Pucharu Polski. Nie licząc porażki 0:3 z Koroną w pięciu spotkaniach tylko raz wyjmował piłkę z siatki. Ale w czterech przypadkach rywale nie przekraczali poziomu drugiej ligi. Dopiero w niedzielę poznał smak polskiej ekstraklasy. I nie puścił gola, co było pierwszym takim przypadkiem Legii w bieżącym sezonie.
Maciej Weber: Trzeba mieć sporą cierpliwość, żeby czekać na debiut półtora roku.
Jan Mucha: Może nie półtora roku, a 14 miesięcy. Bramkarze mają ciężko. Trzeba nauczyć się bycia cierpliwym. Mogę tylko trenować i czekać. W końcu dostałem szansę.
Przychodząc do Legii spodziewał się Pan jednak chyba, że będzie dublerem Łukasza Fabiańskiego.
- Nikt mi tego nie powiedział, ale ponieważ do drużyny dołączyłem dwa dni przed rozpoczęciem sezonu, to tego się spodziewałem. Po raz pierwszy z Legią trenowałem, kiedy przyjechałem na jej obóz do Austrii. Potem jednak wróciłem na Słowację, bo zdawało się, że w klubie zostanie Artur Boruc. A kiedy wyjechał, ja przyjechałem do Warszawy. Pewne jednak było, że rozgrywki rozpocznie "Fabian". Bronił bardzo dobrze, więc już mnie do bramki nie wpuścił.
Kilka miesięcy temu był podobno moment, że chciał Pan odejść z Legii.
- Nigdy tego nie powiedziałem. Na pewno nie jest dla mnie dobrze, że ciągle siedzę na ławce rezerwowych, ale mam tutaj ważny kontrakt i chcę go wypełnić.
Kiedy dowiedział się Pan, że zagra w niedzielę?
- 24 godziny przed meczem. Już wcześniej coś tam mi mówiono, że mam być gotowy. I byłem, chociaż ja zawsze jestem gotowy.
Na obozach przygotowawczych we Wronkach i w trakcie sezonu w Mrągowie Pan był cały czas z zespołem, podczas gdy Fabiański najpierw dostał urlop po mistrzostwach świata, a potem pojechał grać w kadrze młodzieżowej. Nie było frustracji, że Pan tu cały czas zasuwa, a przyjeżdża rywal i bierze miejsce jak swoje?
- W żadnym razie. Przecież powołania do kadry świadczą o klasie "Fabiana". Nie mogę powiedzieć, że się kochamy, ale na pewno bardzo lubimy. Zresztą teraz trenerzy postanowili coś zmienić i on musi umieć znaleźć się w mojej sytuacji. Ale o tym wie i zachowuje się bardzo w porządku. Chociaż jeszcze w takiej sytuacji nie był, odkąd awansował w Legii na pozycję pierwszego bramkarza.
W sumie to jednak ma Pan pecha, trafiając do klubów, w których konkurentami są reprezentacyjni bramkarze. W Żlinie pierwszym bramkarzem był Jan Mucha, ale to się skończyło, gdy przyszedł Jan Konig.
- Takie już mam szczęście. Z drugiej strony to normalne, ponieważ zwykle byłem zawodnikiem dobrych klubów. Ale jestem przyzwyczajony do walki. Nie lubię narzekać.
Co czuł Pan przed meczem z Wisłą Płock? Do tej pory rozegrał Pan w Legii sześć spotkań, wszystkie jednak w Pucharze Polski, na ogół ze znacznie słabszymi przeciwnikami. Tak naprawdę to był ten pierwszy istotny występ w warszawskim klubie.
- Bardzo cieszyłem się na ten mecz. Na rozgrzewkę, kibiców, na wszystko. To coś bardzo fajnego zagrać po tak długim czasie. Przed przyjściem do Legii też przez cztery miesiące nie broniłem, więc bardzo chciałem, aby to w końcu się zmieniło.
Dostał Pan gratulacje za występ od rodziny?
- Żona była na meczu, więc nie musiałem długo czekać. Czułem zresztą, że było za co, bo przecież nie puściłem gola. To ostatnio Legii się nie zdarzało, więc tym lepiej się czułem. Nie miałem może jakichś wielkich interwencji i nie musiałem bronić w nieprawdopodobnych sytuacjach, ale to co miałem broniłem. Poza tym cała drużyna zagrała bardzo dobre spotkanie, tak efektowna wygrana może nam przynieść wiele dobrego.
Wszedł Pan do bramki w bardzo dobrym momencie. Nie licząc środowego meczu pucharowego ze Stalą w Sanoku teraz czekają Legię bodaj najcięższe, a zarazem najważniejsze spotkania: z Koroną w Kielcach, z Austrią w Wiedniu w Pucharze UEFA i w końcu u siebie z Wisłą Kraków. Myśli Pan, że dostanie znowu szansę i podoła zadaniu? Trener Wdowczyk powiedział przecież, że powodem zmiany w bramce było to, że na razie chciał dać odpocząć Fabiańskiemu.
- Każdy chce grać. Czuję, że mam umiejętności i chciałbym móc częściej to udowadniać.
Kibice bardzo lubią "Fabiana".
- Każdy lubi "Fabiana". Ja także. Ale gram dla siebie i dla rodziny. Musimy walczyć.
Maciej Weber: Trzeba mieć sporą cierpliwość, żeby czekać na debiut półtora roku.
Jan Mucha: Może nie półtora roku, a 14 miesięcy. Bramkarze mają ciężko. Trzeba nauczyć się bycia cierpliwym. Mogę tylko trenować i czekać. W końcu dostałem szansę.
Przychodząc do Legii spodziewał się Pan jednak chyba, że będzie dublerem Łukasza Fabiańskiego.
- Nikt mi tego nie powiedział, ale ponieważ do drużyny dołączyłem dwa dni przed rozpoczęciem sezonu, to tego się spodziewałem. Po raz pierwszy z Legią trenowałem, kiedy przyjechałem na jej obóz do Austrii. Potem jednak wróciłem na Słowację, bo zdawało się, że w klubie zostanie Artur Boruc. A kiedy wyjechał, ja przyjechałem do Warszawy. Pewne jednak było, że rozgrywki rozpocznie "Fabian". Bronił bardzo dobrze, więc już mnie do bramki nie wpuścił.
Kilka miesięcy temu był podobno moment, że chciał Pan odejść z Legii.
- Nigdy tego nie powiedziałem. Na pewno nie jest dla mnie dobrze, że ciągle siedzę na ławce rezerwowych, ale mam tutaj ważny kontrakt i chcę go wypełnić.
Kiedy dowiedział się Pan, że zagra w niedzielę?
- 24 godziny przed meczem. Już wcześniej coś tam mi mówiono, że mam być gotowy. I byłem, chociaż ja zawsze jestem gotowy.
Na obozach przygotowawczych we Wronkach i w trakcie sezonu w Mrągowie Pan był cały czas z zespołem, podczas gdy Fabiański najpierw dostał urlop po mistrzostwach świata, a potem pojechał grać w kadrze młodzieżowej. Nie było frustracji, że Pan tu cały czas zasuwa, a przyjeżdża rywal i bierze miejsce jak swoje?
- W żadnym razie. Przecież powołania do kadry świadczą o klasie "Fabiana". Nie mogę powiedzieć, że się kochamy, ale na pewno bardzo lubimy. Zresztą teraz trenerzy postanowili coś zmienić i on musi umieć znaleźć się w mojej sytuacji. Ale o tym wie i zachowuje się bardzo w porządku. Chociaż jeszcze w takiej sytuacji nie był, odkąd awansował w Legii na pozycję pierwszego bramkarza.
W sumie to jednak ma Pan pecha, trafiając do klubów, w których konkurentami są reprezentacyjni bramkarze. W Żlinie pierwszym bramkarzem był Jan Mucha, ale to się skończyło, gdy przyszedł Jan Konig.
- Takie już mam szczęście. Z drugiej strony to normalne, ponieważ zwykle byłem zawodnikiem dobrych klubów. Ale jestem przyzwyczajony do walki. Nie lubię narzekać.
Co czuł Pan przed meczem z Wisłą Płock? Do tej pory rozegrał Pan w Legii sześć spotkań, wszystkie jednak w Pucharze Polski, na ogół ze znacznie słabszymi przeciwnikami. Tak naprawdę to był ten pierwszy istotny występ w warszawskim klubie.
- Bardzo cieszyłem się na ten mecz. Na rozgrzewkę, kibiców, na wszystko. To coś bardzo fajnego zagrać po tak długim czasie. Przed przyjściem do Legii też przez cztery miesiące nie broniłem, więc bardzo chciałem, aby to w końcu się zmieniło.
Dostał Pan gratulacje za występ od rodziny?
- Żona była na meczu, więc nie musiałem długo czekać. Czułem zresztą, że było za co, bo przecież nie puściłem gola. To ostatnio Legii się nie zdarzało, więc tym lepiej się czułem. Nie miałem może jakichś wielkich interwencji i nie musiałem bronić w nieprawdopodobnych sytuacjach, ale to co miałem broniłem. Poza tym cała drużyna zagrała bardzo dobre spotkanie, tak efektowna wygrana może nam przynieść wiele dobrego.
Wszedł Pan do bramki w bardzo dobrym momencie. Nie licząc środowego meczu pucharowego ze Stalą w Sanoku teraz czekają Legię bodaj najcięższe, a zarazem najważniejsze spotkania: z Koroną w Kielcach, z Austrią w Wiedniu w Pucharze UEFA i w końcu u siebie z Wisłą Kraków. Myśli Pan, że dostanie znowu szansę i podoła zadaniu? Trener Wdowczyk powiedział przecież, że powodem zmiany w bramce było to, że na razie chciał dać odpocząć Fabiańskiemu.
- Każdy chce grać. Czuję, że mam umiejętności i chciałbym móc częściej to udowadniać.
Kibice bardzo lubią "Fabiana".
- Każdy lubi "Fabiana". Ja także. Ale gram dla siebie i dla rodziny. Musimy walczyć.