okolicznościach prowokujących podejrzenia - trudno ustalić, czy sięga on 1,7, czy 14 mld dolarów.
Teraz zwolenników teorii spiskowej pewnie przybędzie. Sędzia popełnił ewidentny, kardynalny błąd, dyktując rzut karny, a ten karny przesądził o wyniku, minimalnym 1:0 dla Szachtara.
W podobne spekulacje nie wchodzę, ale trzeba pamiętać, że nawet jeśli arbiter podjął decyzję niesprawiedliwą, to co najmniej tak samo "niesprawiedliwie" stałoby się, gdyby żaden gol w Doniecku nie padł. Rywale długimi minutami oblegali pole karne Legii, urządzając sobie kanonadę na jej bramkę. I niech nikogo nie zmyli to, że mistrzowie Ukrainy uderzali głównie z dystansu. Oni tak właśnie strzelają gole w lidze - nie usiłują wieńczyć wyrafinowanych akcji wpychaniem piłki do siatki z pięciu metrów.
W środę swoją koncepcję realizowali idealnie, ze swobodą wypracowując mnóstwo sytuacji, w których mogli przetestować fantastycznie dysponowanego Łukasza Fabiańskiego. I o wyniku - niezasłużenie przyzwoitym - przesądził właśnie on, a nie skandaliczna "jedenastka", co jest o tyle symptomatyczne, że mierny polski futbol od lat bramkarzami stoi.
Legia swojej strategii nie wypełniła w minimalnym choćby stopniu, bo nie udało jej się uzyskać nawet jednego rzutu wolnego w okolicach pola karnego, by bramkę spróbował zdobyć specjalista od takich zadań Edson. To też świadczy o przemyślanej, konsekwentnej grze gospodarzy - kontrolowali się, nie faulowali, czasem pozwalali dryblować warszawskim Brazylijczykom, bo doskonale wiedzieli, gdzie czyha na nich niebezpieczeństwo największe.
Nie oszukujmy się, na awans do Ligi Mistrzów - pierwszy od dziesięciu lat - szanse są marne. Kiedyś kluczowe dla naszych klubów było losowanie. Sądziliśmy, że jeśli trafi się przeciwnik w rodzaju Szachtara, to Polakom sprzyjało szczęście i do elity mogą się przebić. Niestety, czas uciekał, a dawni średniacy oddalali się od naszych czołowych drużyn pod każdym względem - sportowym, finansowym, organizacyjnym. Dziś mistrzowie Ukrainy nad mistrzami Polski (ktokolwiek tytułu by nie zdobył) mają przewagę przygniatającą.
Na szczęście dla Legii dwumecz z Szachtarem, nawet jeśli nie wyjdzie, nie rzuci cienia na cały sezon, bo jej właścicieli na razie nie owładnęła obsesja Ligi Mistrzów, jak to się działo z Wisłą Kraków. Na szczęście, bo potem pozostanie Puchar UEFA, który zaczyna przeobrażać się w walkę o przetrwanie dla naszej klubowej piłki. W europejskim rankingu pikuje ona na dno, za dwa lata nie będziemy mogli wystawić już czterech, lecz ledwie trzy drużyny. Legia i Wisła mogą ten trend odwrócić. A raczej muszą, by marzyć kiedyś o rozstawieniu i uniknięciu nawet takich rzekomych "średniaków" jak Szachtar.
Oczywiście jeśli za dwa tygodnie mistrzom Polski nie przytrafi się znakomity, najlepszy za kadencji trenera Wdowczyka mecz i nie obejrzymy cudu. Cudu, czyli awansu do Ligi Mistrzów.
Teraz zwolenników teorii spiskowej pewnie przybędzie. Sędzia popełnił ewidentny, kardynalny błąd, dyktując rzut karny, a ten karny przesądził o wyniku, minimalnym 1:0 dla Szachtara.
W podobne spekulacje nie wchodzę, ale trzeba pamiętać, że nawet jeśli arbiter podjął decyzję niesprawiedliwą, to co najmniej tak samo "niesprawiedliwie" stałoby się, gdyby żaden gol w Doniecku nie padł. Rywale długimi minutami oblegali pole karne Legii, urządzając sobie kanonadę na jej bramkę. I niech nikogo nie zmyli to, że mistrzowie Ukrainy uderzali głównie z dystansu. Oni tak właśnie strzelają gole w lidze - nie usiłują wieńczyć wyrafinowanych akcji wpychaniem piłki do siatki z pięciu metrów.
W środę swoją koncepcję realizowali idealnie, ze swobodą wypracowując mnóstwo sytuacji, w których mogli przetestować fantastycznie dysponowanego Łukasza Fabiańskiego. I o wyniku - niezasłużenie przyzwoitym - przesądził właśnie on, a nie skandaliczna "jedenastka", co jest o tyle symptomatyczne, że mierny polski futbol od lat bramkarzami stoi.
Legia swojej strategii nie wypełniła w minimalnym choćby stopniu, bo nie udało jej się uzyskać nawet jednego rzutu wolnego w okolicach pola karnego, by bramkę spróbował zdobyć specjalista od takich zadań Edson. To też świadczy o przemyślanej, konsekwentnej grze gospodarzy - kontrolowali się, nie faulowali, czasem pozwalali dryblować warszawskim Brazylijczykom, bo doskonale wiedzieli, gdzie czyha na nich niebezpieczeństwo największe.
Nie oszukujmy się, na awans do Ligi Mistrzów - pierwszy od dziesięciu lat - szanse są marne. Kiedyś kluczowe dla naszych klubów było losowanie. Sądziliśmy, że jeśli trafi się przeciwnik w rodzaju Szachtara, to Polakom sprzyjało szczęście i do elity mogą się przebić. Niestety, czas uciekał, a dawni średniacy oddalali się od naszych czołowych drużyn pod każdym względem - sportowym, finansowym, organizacyjnym. Dziś mistrzowie Ukrainy nad mistrzami Polski (ktokolwiek tytułu by nie zdobył) mają przewagę przygniatającą.
Na szczęście dla Legii dwumecz z Szachtarem, nawet jeśli nie wyjdzie, nie rzuci cienia na cały sezon, bo jej właścicieli na razie nie owładnęła obsesja Ligi Mistrzów, jak to się działo z Wisłą Kraków. Na szczęście, bo potem pozostanie Puchar UEFA, który zaczyna przeobrażać się w walkę o przetrwanie dla naszej klubowej piłki. W europejskim rankingu pikuje ona na dno, za dwa lata nie będziemy mogli wystawić już czterech, lecz ledwie trzy drużyny. Legia i Wisła mogą ten trend odwrócić. A raczej muszą, by marzyć kiedyś o rozstawieniu i uniknięciu nawet takich rzekomych "średniaków" jak Szachtar.
Oczywiście jeśli za dwa tygodnie mistrzom Polski nie przytrafi się znakomity, najlepszy za kadencji trenera Wdowczyka mecz i nie obejrzymy cudu. Cudu, czyli awansu do Ligi Mistrzów.