Cookie Consent by Free Privacy Policy Generator
  • 04 Apr, 2025

Stec: Nie szukajmy sprawiedliwości, niech zdarzy się cud

Stec: Nie szukajmy sprawiedliwości, niech zdarzy się cud

Najłatwiej oczywiście biadać, że Legia została obrabowana, że właściciel Szachtara Donieck niczego nie pozostawił przypadkowi, więc jego piłkarze wcześniej czy później gola strzelić musieli. Taką wersję wydarzeń wróżyło wielu, w końcu Rinat Achmietow, najbogatszy Ukrainiec, dorobił się majątku w

okolicznościach prowokujących podejrzenia - trudno ustalić, czy sięga on 1,7, czy 14 mld dolarów.
Teraz zwolenników teorii spiskowej pewnie przybędzie. Sędzia popełnił ewidentny, kardynalny błąd, dyktując rzut karny, a ten karny przesądził o wyniku, minimalnym 1:0 dla Szachtara.

W podobne spekulacje nie wchodzę, ale trzeba pamiętać, że nawet jeśli arbiter podjął decyzję niesprawiedliwą, to co najmniej tak samo "niesprawiedliwie" stałoby się, gdyby żaden gol w Doniecku nie padł. Rywale długimi minutami oblegali pole karne Legii, urządzając sobie kanonadę na jej bramkę. I niech nikogo nie zmyli to, że mistrzowie Ukrainy uderzali głównie z dystansu. Oni tak właśnie strzelają gole w lidze - nie usiłują wieńczyć wyrafinowanych akcji wpychaniem piłki do siatki z pięciu metrów.

W środę swoją koncepcję realizowali idealnie, ze swobodą wypracowując mnóstwo sytuacji, w których mogli przetestować fantastycznie dysponowanego Łukasza Fabiańskiego. I o wyniku - niezasłużenie przyzwoitym - przesądził właśnie on, a nie skandaliczna "jedenastka", co jest o tyle symptomatyczne, że mierny polski futbol od lat bramkarzami stoi.

Legia swojej strategii nie wypełniła w minimalnym choćby stopniu, bo nie udało jej się uzyskać nawet jednego rzutu wolnego w okolicach pola karnego, by bramkę spróbował zdobyć specjalista od takich zadań Edson. To też świadczy o przemyślanej, konsekwentnej grze gospodarzy - kontrolowali się, nie faulowali, czasem pozwalali dryblować warszawskim Brazylijczykom, bo doskonale wiedzieli, gdzie czyha na nich niebezpieczeństwo największe.

Nie oszukujmy się, na awans do Ligi Mistrzów - pierwszy od dziesięciu lat - szanse są marne. Kiedyś kluczowe dla naszych klubów było losowanie. Sądziliśmy, że jeśli trafi się przeciwnik w rodzaju Szachtara, to Polakom sprzyjało szczęście i do elity mogą się przebić. Niestety, czas uciekał, a dawni średniacy oddalali się od naszych czołowych drużyn pod każdym względem - sportowym, finansowym, organizacyjnym. Dziś mistrzowie Ukrainy nad mistrzami Polski (ktokolwiek tytułu by nie zdobył) mają przewagę przygniatającą.

Na szczęście dla Legii dwumecz z Szachtarem, nawet jeśli nie wyjdzie, nie rzuci cienia na cały sezon, bo jej właścicieli na razie nie owładnęła obsesja Ligi Mistrzów, jak to się działo z Wisłą Kraków. Na szczęście, bo potem pozostanie Puchar UEFA, który zaczyna przeobrażać się w walkę o przetrwanie dla naszej klubowej piłki. W europejskim rankingu pikuje ona na dno, za dwa lata nie będziemy mogli wystawić już czterech, lecz ledwie trzy drużyny. Legia i Wisła mogą ten trend odwrócić. A raczej muszą, by marzyć kiedyś o rozstawieniu i uniknięciu nawet takich rzekomych "średniaków" jak Szachtar.

Oczywiście jeśli za dwa tygodnie mistrzom Polski nie przytrafi się znakomity, najlepszy za kadencji trenera Wdowczyka mecz i nie obejrzymy cudu. Cudu, czyli awansu do Ligi Mistrzów.